Tramwaj

 

 

Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Niekiedy wystarczyło, że wyłączyłem telewizor, oczy zamykały mi się od razu; nie zdążyłbym nawet pomyśleć: „zasypiam”. W pół godziny potem myśl, że czas byłby zasnąć, budziła mnie; chciałem odłożyć starego laptopa, którego znaczny ciężar cały czas czułem na posłaniu, zgasić światło, wyłączyć telewizor. Moje refleksje przybierały charakter osobliwy; zdawało mi się, że to ja sam byłem tym, o czym się mówiło: kościołem, tłumem, strajkiem, wiwatem. Przeświadczenie to trwało jeszcze na jawie; nie raziło rozumu, ale ciążyło mi jak łuska na oczach i nie pozwalało mi uświadomić sobie, że telewizor już wyłączony. Następnie świadomość ta odrealniała się całkowicie: niby po metempsychozie myśli z poprzedniego istnienia; przetaczające się fakty dnia wygasały, mogłem wrócić do nich albo nie.  Pytałem sam siebie, która może być godzina; słyszałem gwizd tramwajów, który — bliższy lub dalszy — jak śpiew ptaka w lesie, uwydatniając odległości, określał mi trasę, którą nocny podróżny spieszy na najbliższy przystanek: ścieżka, którą idzie, nie zostawi w jego pamięci najmniejszego śladu; podobnie jak czynności które mantrycznie powtarza: nocne powroty, banalne rozmowy i pożegnania kolegów z pracy, wiecznie nieznajomych. Przyciskam czule twarz do pulchnych policzków poduszki, które, pełne i świeże, są niby policzkami naszego dzieciństwa.  Włączam telefon żeby sprawdzić która godzina. Blisko północ. Jest to chwila, w której chory, obudzony atakiem choroby, cieszy się, widząc pod drzwiami smugę dnia. Co za szczęście, to już rano! Za chwilę robotnicy wstają.

3 komentarze/y

  1. B. dobrze napisane i b. ciekawe. Czy to cytat z jakiegoś autora czy też autorka zmieniła rodzaj gramtyczny na potrzeby tekstu (a jeśli tak to czemu)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *